Czyli: jak poskromić objawy wścieklizny [nie
dopuścić do pojawienia się piany na pysku] i nie zostać z paskudztwem do
przemalowania.
Od dwóch miesięcy dziecko mi truje, że pokój ma być józiowy. Nie zielony, nie żółty, nie niebieski. Józiowy. Kropka.
Z bólem serca daję chłopakom znać, że jeden pokój ma być różowy z dodatkiem brązu w odcieniu kawy z mlekiem.
„Tak, róż” – dwa razy potwierdzam, w słuchawce słyszę lekką konsternację. Nie komentują, sami mają dzieci.
Pokój pomalowany. O ja cię sunę – co za paskudztwo. Wchodzę i wychodzę
chyba ze 4 razy i nie pomaga. Trzeba nauczyć się z tym żyć…Tu się
powiesi niebieski obrazek, tu zielony, tu fioletowy a tam, koło okna i
nad łóżkiem- większy, czerwony. Będzie wsio fajnie kontrastować z żółtą
lampą i zielono-niebieskimi meblami oraz zielonym liściem nad łóżkiem,
rodem z dżungli. Więc jedziemy, kupujemy wszystko co zaplanowane, by
uczynić pokój bardziej „żywym” i zabić tę landrynkowatość.
Meble przywozimy w paczkach i zostawiamy, bo jeszcze roboty w domu
trwają – łazienki do zrobienia, kaloryfery, drzwi i schody – znaczy
wszystko będzie pokryte warstwą białego pyłu.
Nina wie gdzie jest jej pokój. Była w nim nie raz i nie dwa. Po
pomalowaniu jedziemy po dziecko i przywozimy do prawie_gotowego domu.
Dziecko wysiada, wchodzi na górę – my za nim. Kieruje się do swojego
pokoju ale staje w drzwiach. Nic nie mówiąc łypie na pokój obok – od
razu zmienia kierunek, wchodzi do pistacjowego pokoju i mówi: ale śliczny ten józiowy! mamo, dzienkuję!
To, co przeszło wtedy przeze mnie, to nawet chyba prąd by wymiękł.
Metodą „tylko spokojnie” udało się najpierw wyjaśnić, że różowy to
tamten pokój a ten jest zielony. Potwierdziła, że pomyłka, ale jej się
podoba ten i koniec.
Przekonana do „pozostania przy różowym” została dopiero paskudnym
podstępem, stwierdzającym że smutno jej będzie w tym pokoju, gdy
wszystkie nowe, kolorowe meble i ukochane zabawki zostaną w różowym.